wtorek, 10 grudnia 2013

                                               Masakra

                                                          rozdział V

No nie! To miały być udane wakacje. A teraz wszystko przepadło bo mój durny braciszek uświadomił sobie że ma rodzine. Wieczorem byłam tak wściekła że zniszczyłam moją tekturową stadninę koni schleich. Olka tak sie ze mnie brechtała że jaj połowe włosów ściełam. Ma za swoje. Teraz wygląda jak jakiś popapraniec. Następnym razem będzie łysa ! To mi sie akurat udało. Byłam zmęczona, ale koni nawet tych figurkowatych nie zostawie bez dachu nad głową. Musiałam odbudować stadnine. Wzięłam gorący klej, taśme i nowe kartony. Zeszło mi tak z godzinkę. Tylko że jednemu hanowerkowi odpadł ogon. Szkoda mi go było. Postanowiłam że zachowam się jak wiedźma i wykorzystam włosy Olki. Wzięłam mały pęczek jej włosów i klej. Konik był jak nowy a jego nowy ogon pachniał wanilią. Nie chciało mi się nawet do łóżka wejść. Z paluchami całymi w kleju i włosach Olki położyłam się spać. Nie mogłam zasnąć. Co mam robić o 1.00 w nocy? Poszłam do stajni. Konie spały, tylko że jakby źrebaki coś wyczóły. Tylko co?  Weszłam do Diabla bo jak on sie przestraszy to będzie chciał mnie bronić, ale tylko tak przypuszczam bo kiedyś go tego uczyłam. Obok boksu Diabla był boks Fakira.  Jego rybie oczko stało się dosłownie czarne. To dlatego że spał, a ma łatkę na oku. Wydawało mi się tylko. Usłyszałam szlochanie. Rozglądam się i co ja widze? Roxy płacze w boksie Fakira. Podeszłam do kraty. 
-Roxy co się dzieje?
-On mnie żucił, bo zobaczył jak się całuje z Tomkem.
-Ale kto?
- No on, nie jestem w stanie wypowiedzieć jego imienia.
-Okey. Ale kto mógł zrobić zdięcia?
-Nie wiem!- i zaczęła ryczeć.
Musiałam pomyśleć i wtedy do głowy wpadł mi pomysł.
-Chodźmy do szatni, zobaczymy czy ktoś w szafce nie ma aparatu.
-Jeśli to konieczne.
No więc poszłyśmy. Weszłyśmy do szatni, tylko jeden mały problem. Tych szafek było za dużo. Ale ja głupia jestem. Przecież moge zobaczyć w terminazu kto wtedy jeździł. Pobiegłam do biura po terminarz. Otworzyłyśmy szafki. Każda była pusta z wyjątkiem jednej. Ludmiły. To przecież oczywiste. Wzięłam aparat i usunęłam zdjęcia, zabrałam karte pamięci, baterie i wogule skonfiskowałam jej cały sprzęt. Tylko ona może wejść wszędzie i zabrać go. Kurde co by tu zrobić. A przecież mamy sporą górkę końskiego "kału". Zaczęłyśmy się brechtać. Ona nawet po swoim koniu nie sprząta a co dopiero łazić bo tym. Wróciłyśmy do stajni.Usłyszałyśmy baardzo żałosny klakson samochodu. Od razu wiedziałam co się święci. Jedyna ochrona przed nim to konie. Stasiek ich się bardzo boi. Musiałam wyjść. Roxy została.
-No cześć Majunia, jak ja cie dawno widziałem!
-Daruj sobie.
-O.. widze że wkurzać to ty jeszcze umiesz.
-Po co tu przyjechałeś? Mamy już nie ma i nikt ci objadków nie będzie gotował!
-Spokojnie! A gdzie Oleńka?
- Oooo .. W końcu rodziną zacząłeś sie interesować?
-Maja przestań!
-Bo co zabronisz mi??
-Tak zabronie! Co dalej trzymacie te zwierząta może byście je wypuścili?
-Chcesz moge je wypuścić.
-Tego nie powiedziałem.
-Gdzie zamierzasz spać bo je cie do domu nie wpuszcze.
-Poszukam wolnego pokoju u pana Antka.
-Oooo to nie słyszałeś? Pan Antek wyjechał.
-To nic poszukam u kogoś innego.
- Nikt inny nie zechciałby takiego matoła u siebie.
-Przeginasz.
-Doprawdy?
-Tak. Przestań się ze mną kłócić. Masz mnie wpuścić do domu.
-O zapomniałam, mam miejsce wolne.....
- Gdzie? - powiedział z nadzieją.
-.......w stajni , na sianie.

_______________________________________
Hej no kolejny rozdział za nami, tym razem Mia nie ugieła się przed swoim bratem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz